Bye-bye Koh Chang

Miesiąc w Tajlandii na Koh Chang minął nam nie tylko szybko, ale bardzo bardzo fajnie. Wyspa sama w sobie jest warta polecenia na krótki jak i na dłuższy pobyt, ale atmosefera miejsca to nie tylko piękne widoki, ale przede wszystkim ludzie, których spotykamy na drodze, czy też w tym wypadku raczej w guesthousie.

Bailan Bay

Bailan Bay

Posiadaliśmy więc sąsiadów i to o dziwo stałych.

Oczywiście jest sporo osób, które nocowały na kilka dni i jechały dalej, ale była też stała ekipa:)

Dzień po naszej „wprowadce”, zameldowała się przesympatyczna para. On Francuz, ona Niemka. Na początku, nie byliśmy wstanie odgadnąć skąd są, bo język był trudny do rozszyfrowania. No, ale szybko się wyjaśniło, że robią sobie taki miks angielsko- niemiecko-francuski. Wcześniej pomieszkiwali w różnych krajach, a dokładniej na różnych kontynentach, bo w Kanadzie, Australii, Nowej Zelandii, Francji i Niemczech, aż stwierdzili, że czas na relaks tj. czas na Azję – brzmi znajomo:)

Kotek

Kotek

Jest również inna para: On Belg, Ona Tajka i ich pies -buldog francuski, który codziennie przy wyprowadzaniu na spacery chrząka jak świnka – dziwny pies. Belg mówi, że chodź jego piesek jest mały to wszystkie psy w okolicy się go boją. Wcale tym psom się nie dziwie, bo te dziwne chrząkanie, jest naprawdę nieco straszne. Mieszkają na stałe w Tajlandii, co pewien czas zmieniając miejsce. Byliśmy świadkami ich wprowadzki i oczy wyszły nam niemalże z orbit ile oni maja rzeczy. Dwa pełne pikapy z 2m lodówką na czele. A zajęli taki sam domek jaki my mamy tj. 18m2 cała powierzchnia. Później oczy jeszcze raz na wyszły z orbit i niedowierzanie, kiedy po krótkim czasie te wszystkie rzeczy znalazły się w domku – i do dziś zadajemy sobie pytanie … Ale Jak???

Codziennie o zachodzie słońca idą łowić ryby lub późnym wieczorem krewetki. Zawsze z tych swoich łowów coś przynoszą i robią pyszne dania:). Raz nawet Belg złowił sam siebie, wbił kotwiczkę (przynętę) w sam środek dłoni. Nie wiemy jak to wyciągnęli, ale zrobili to i następnego wieczoru znów szli na ryby.

Kilka dni później dołączyła jeszcze jedna fajna para. On Norweg, Ona Szwedka. Rzucili prace i zwiedzają sobie Azję:)

Słoń

Słoń

Na kilka dni wpadł jeszcze bardzo komunikatywny Kanadyjczyk. Też mieszka na stałe w Tajlandii – mieszka „na stałe” tzn. ponieważ nie ma żony Tajki, to może być tylko na wizie turystycznej maksymalnie pół roku, z czego i tak musi 2 razy wyjechać z kraju bo choć wiza jest wielokrotna (na maks. 3 wjazdy) to jednorazowo można na niej być maks. 2 miesiące. Wyjeżdża się więc przez granicę, odnawia wizę wielokrotną i wraca z powrotem. Później jak wiza się skończy to trzeba zrobić kolejną na pół roku na kolejne 3 wjazdy (za każdy wjazd płaci się z góry ok. 40 USD), potem znów 2 razy wyjechać itp. – tak często robią osoby mieszkające „na stałe”. Wracając więc do Kanadyjczyka to mieszka na północy kraju w miasteczku Pai – tak zachwalał to miejsce, że chyba jesteśmy pewni, że wybierzemy się w te regiony, tylko później. Jest fotografem i o dziwo bardzo dobrze być fotografem w Tajlandii. Można zarobić, można też mieć benefity typu darmowe mieszkanie w 5 gwiazdkowym resorcie na tydzień itp. Wśród Tajów brak profesjonalnych fotografów, często robią sobie zdjęcia wyłącznie na smartfonach i to tyle. Dlatego też sporo noclegów od zwykłych bungalowów przez hotele czy resorty zamawiają sobie profesjonalne fotki. Hm…. 🙂 Po za fotografowaniem ma swoją kapelę reggaeową i wieczorami daje koncerty. Na Koh Changu był tylko przejazdem, wracał właśnie z Kambodży, a że podróżuje swoim motocyklem to w drodze zrobił sobie krótka przerwę.

Przez te kilka tygodni nasz guesthouse zamienił się w taką naszą małą wioskę i trudno było się nam rozstawać…ale każdy ruszał dalej. Jedni na Bali, inni w północ Tajlandii, a my ruszamy do Kambodży!

Jedziemy dalej...

Jedziemy dalej…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *