Europejskie work&travel

Poszukiwania pracy okazały się być nieco trudniejsze niż sobie to wpierw wyobrażaliśmy. Bez znajomości norweskiego niestety nie wyglądało to za dobrze. Tutaj kolejny raz pomogli nam Sofi i Tor. Opuściliśmy gościnne Trondheim i ruszyliśmy na północ do malutkiej wioski Homstad w okolicy miasta Namsos.

Zostaliśmy… rolnikami 🙂

A raczej zbieraczami ziemniaków. Konkretniej rzecz ujmując nasza praca polegała na sortowaniu ziemniaków na wielkiej maszynie jeżdżącej po polu. W pakiecie piękne okoliczności przyrody, jeziora, rzeka i las no i darmowy domek cały dla nas! Lepiej być nie mogło.

P1340297

W ten sposób spędziliśmy kilka tygodni, aż wyzbieraliśmy wszystkie ziemniaki, a było tego coś z 600 ton! Praca dobiegła końca, a na nową się niestety nie zapowiadało, skorzystaliśmy, więc z okazji i kupiliśmy promocyjny bilet do Berlina. W niemieckiej stolicy też długo nie zagrzaliśmy, bo już za tydzień kolejny lot, tym razem do Londynu…

Czemu do Londynu? Bo były bilety po 40 zł… Tym razem leciałem jednak sam na rekonesans. Żeby nie było za łatwo, do tego lotu dodałem też nocleg na Luton i poranny wylot do mojego ukochanego Edynburga. W stolicy Szkocji z pracą o wiele łatwiej niż w Norwegii, poza tym miło jest odwiedzić stare kąty.

W autobusie 35 jadącym z lotniska w nieskończoność (ale tanio) dzwoni telefon. Numer z Malty, gdzie jakiś czas wcześniej przy okazji wypicia kilku piw wysyłałem CV. Jakby nie mogli zadzwonić dzień wcześniej…

P1340372 P1340362

Czekając na dalszy rozwój wypadków zaczynam szukać pracy. Ta znajduje się dość szybko i ląduje na demolce chińskiej restauracji pod komendą Pana Wanga. Miły gość, ale za bardzo nie mówi po angielsku. Jakby nie patrzeć komunikacja w pracy raczej pomaga w robocie, ale jakoś dajemy rade mieszanką angielskiego, polskiego, chińskiego, na migi. Chiński cyrk i nikt nic nie wie 🙂 Wang jednak płaci i to sensownie, więc decyduje się zostać u niego na dłużej. W między czasie jednak znów dzwoni Malta. Tym razem umawiamy się na wywiad już z szefostwem na Skype. W moim hostelu akurat nie działa internet, a warunki do wywiadu nie najlepsze więc rozmowę odbywam w pobliskim McDonalds – mają darmowe wi-fi. Udało się nawet tak usiąść, że ne było tego widać w kamerze. Prosto stamtąd lecę do Wanga, bo łom na mnie czeka. Po mału zaczynam odczuwać, że bez łoma w ręce tracę osobowość. Chyba kupie sobie łom 😉

Po niedługim czasie dolatuje do mnie Magda i cali w skowronkach wynajmujemy pokój i kombinujemy co dalej. Kolejna rozmowa z Malta, praca i nerwowe oczekiwanie. Ostatecznie jest odpowiedź – „Panie Łukaszu, kiedy może pan przylecieć na Maltę?” W najbliższą środę odpowiadam! I tak kolejny raz się pakujemy i ruszamy dalej. Oczywiście z noclegiem na lotnisku, bo w naszym przypadku nie może być wygodnie i za łatwo.

Pomysł na Maltę zaczął kiełkować nieśmiało już na Gilis jako plan B. Myśleliśmy gdzie można nurkować cały rok, klimat jest ciepły, ludzie mówią po angielsku i nie trzeba wiz ani pozwoleń na pracę. Malta spełnia te kryteria idealnie. Początkowo jednak temat ten traktowaliśmy z dość mocnym przymróżeniem oka, ale gdy zaczęło się to układać w sensowną całość, pomyśleliśmy, że to może być właśnie to o co chodzi.

Malta przywitała nas pięknym słońcem i letnimi temperaturami. Spory szok po zimnej Szkocji. Wylądowaliśmy w kurtach i czapkach, by zaraz zmienić je na szorty i klapki. Szybko się ogarniamy, wynajmujemy mieszkanie w ładnej i nawet nieco ekskluzywnej Sliemie. Na zwiedzanie nie ma za dużo czasu, bo zaraz trzeba iść do pracy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *