Pierwszy przystanek – Bangkok

Bangkok

Po wylądowaniu odstaliśmy swoje w kolejce na immigration, ale dostaliśmy ostatecznie wizę wjazdową na 30 -dni. W naszym przypadku lądowaliśmy bez biletu powrotnego, ani żadnego innego biletu wyjazdowego z Tajlandii – przynajmniej oficjalnie 😉 a zgodnie z przepisami taki bilet powinniśmy posiadać. Na szczęście ani w Warszawie przy odprawie, ani w Bangkoku nikt o niego nie pytał.

Za to kolejna niespodzianka nie była miła – prowizja pobierana przez tajskie banki od wypłaty z bankomatów wzrosła z 150 do 180 THB – ok. 18 zł, więc już nieco boli. Opłata jest od transakcji, niezależnie od kwoty, dobrze więc wybierać żadziej, a więcej na raz.

Wyposażeni w wizy i pieniądze ruszyliśmy dalej do hotelu – pociągiem Airport City Link, za bardzo umiarkowaną kwotę 30 THB/osoba.

Bangkok

Bangkok by night

W Bangkoku znaleźliśmy się już po raz n-ty (chyba siódmy….), ale zawsze można tu zobaczyć coś nowego. Tym razem jako, że nasz hotel znajdował się niedaleko linii łodzi miejskich postanowiliśmy sprawdzić tę formę komunikacji – więcej na ten temat w dziale Porady praktyczne tambylców

Khlong boat

Khlong boat

Bardzo doceniamy miejsca, w których każda kolejna wizyta, sprawia, że odrywamy coś nowego. Tym razem urządziliśmy sobie spacer po nowoczesnym city i centrach handlowych. Wszystko to nieco pomieszanie z poplątaniem – z jednej strony podróż starą łodzią i rozklekotanym autobusem miejskim, walące się budynki całe w grzybie, a z drugiej zaraz przy tym wielkie, nowoczesne biurowce, nowe auta, sky train itp. Taka jednak jest Azja i za to między innymi tak ją lubimy.

Centrum Bangkoku

Centrum Bangkoku

Chodząc po centrach handlowych, jeżdżąc metrem, odwiedzając małe knajpki, które nasz sanepid zamkąłby po 5 minutach widać prawdziwą Tajlandię. Bo Azja to nie tylko piękne świątynie i stare, klimatyczne dzielnice – to w większości jednak właśnie takie molochy, beton, grzyb, czasem smród, a czasem przepych w klimatyzowanych, drogich centrach handlowych. I właśnie dlatego zejście z utartego szalku świątyń i innych atrakcji turystycznych dla nas oznaczało próbę poznania szalków zwykłych Tajów, którzy jeżdżą do pracy komunikacją miejską, jedzą po drodze w ulicznych knajpach, a co zamożniejsi chłodzą się w drogich sklepach w klimatyzacji. A zmęczeni po tym wszystkim udają się pociągiem do domu lub na kolacje gdzieś w mieście wpatrzeni jak zaczarowni w swoje smartfony, a nie do Pałacu Królewskiego.

Park Lumpini

Park Lumpini

Chcąc odpocząć od miejskiego upału wpadliśmy też do Parku Lumpini – świetne miejsce na relaks w cieniu drzew i palm nad małym jeziorkiem. Bardzo polecamy to miejsce, bo w Bangkoku ciężko o chwilę wytchnienia zdala od miejskiego zgiełku. Wieczór zakończyliśmy na dzielnicy czerwonych latarni – Patpongu Nie zrobił jednak zbyt fajnego wrażenia – oczywiście wiedzieliśmy czego się tam spodziewać, ale wszystko to było raczej dość smutne i żenujące.

Patpong

Patpong

Dzień zakończył się jak zwykle, czyli tajskie uliczne jedzenie na kolację plus obowiązkowe zimne piwo na dobranoc. Następnego dnia zaplanowana wczesna pobudka, bo pora już na plaże, palmy i morze…

Mieszkniec parku Lumpini

Mieszkniec parku Lumpini

2 Comments:

  1. No nareszcie ! 😉 pięknie to brzmi w listopadzie „chcąc odpocząć od miejskiego upału…” 🙂 miłego plażowania i czekam na dalsze wpisy!!!! i zdjęcia!!!! buziaki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *