Znowu stopem – tym razem na Węgry

Kolejny wypad – kierunek oczywiście południowy. Na początek wyjazd w Tatry razem ze znajomymi. Zamieszkaliśmy „u Józka” w Kościelisku, a Józek to był gość nieprzeciętny. Pieniądze za pierwsze 3 noclegi przepił jeszcze tego samego dnia. Generalnie dzień zaczynał się dla niego od wódeczki skoro świt, potem w kimono, potem kolejna wódeczka, znów drzemka i tak zastawało go południe. Dżentelmeni piją po południu, więc Józek wtedy zaczynał pić dalej i tak do wieczora. Jednego dnia również postawiliśmy flaszeczka, cobyśmy mogli jeszcze jedną dobę zostać – w formie zapłaty. Rano, godzina 7 – Józek z fajką w drzwiach – Czy postawimy flaszeczkę, ale przecież flaszeczka była wczoraj. Jak tak to chodź Łukasz, na kielicha 🙂 Nie ma to jak Popularny bez filtra i lufa z rana. W gruncie rzeczy biorąc było to jednak dość smutne, bo Józka zostawiła żona i rozpił się potem bez opamiętania, a był to jednak swój chłop.

Tatry

Tatry 2004

Pogoda w górach za to nie rozpieszczała i przez większą cześć czasu padało lub lało, toteż postanowiliśmy rozłączyć się z ekipą i ruszyć dalej na poszukiwanie słońca na południe. Stop z Łysej Polany szedł fatalnie, a właściwie wcale, toteż dojechaliśmy busem do Popradu, a potem do Koszyc pociągiem. Co do Koszyc uczucia dość mieszane, bo z jednej strony bez większych problemów mimo późnej pory znaleźliśmy nocleg w akademikach, to jednak miasto wieczorem nie jest do końca sympatyczne. Ulicami „grasują” grupki Cyganów, lecz niestety nie takich wesołych, grających, ale często szukający zaczepki i agresywni. Nie było to do końca miłe, ale samo miasto, a zwłaszcza starówka zdecydowanie warte były wizyty, chociaż cały czas padało. Padało i padało, więc ruszyliśmy dalej – na Węgry. Łapaliśmy więc stopa na obrzeżach Koszyc, gdy nagle przestało padać – nareszcie! Zaraz potem jak na zawołanie zatrzymało się auto jadące w naszym kierunku, a na dodatek w środku leciało… „River of dreams” Billego Joela, czyli hymn poprzedniej wyprawy!

Na granicy węgierskiej

Na granicy węgierskiej 2004

Po pewnych przesiadkach dotarliśmy w końcu na autostradę w kierunku na Budapeszt. Ale autostrada z perspektywy pieszego nie jest tak miła jak gdy jedziemy samochodem. Wdrapywanie się na wiadukty, łapanie kierunku, gdy nie widać znaków nie jest takie proste. Na węźle po prostu się zgubiliśmy. Wtem – w oddali, pojawia się postać na rowerze, a raczej prowadząca rower lub odwrotnie. Był to bardzo sympatyczny, ale też bardzo pijany tubylec, a jedyne co zrozumiałem, to Buuuuddapeszt! – ale w końcu „magyar lengyel két jó barát”!

Budapeszt

Budapeszt 2004

Do Budapesztu dowiózł nas sympatyczny businessman. W mieście pyta – gdzie się zatrzymamy? A my na to, że nie mamy pojęcia, ale możne zna jakieś akademiki. I tym razem dopisało nam szczęście i akademik w centrum, zaraz nad Dunajem też się znalazł.

Budapeszt

Budapeszt 2004

 

Miasto zrobiło na nas spore wrażenie, Magda stwierdziła nawet, że podoba jej się bardziej niż Praga. Dni spędzaliśmy zwiedzając wszystko co darmowe, bo Budapeszt nie jest specjalnie tanim miastem. Gdy już nacieszyliśmy się węgierską stolicą ruszyliśmy w drogę powrotną, a miasto to nie należy do małych, toteż wydostanie się na obwodnicę nie było takie łatwe. Wpierw metro, potem autobus, potem kolejny autobus do centrum handlowego – duży plus takich centrów, nie dość, że zazwyczaj są na obrzeżach, to jeszcze mają darmowe autobusy. Potem gdy drałowaliśmy wzdłuż ogrodzenia autostrady coś mnie użarło i to centralnie w otwarte oko – myślałem, że je sobie wydrapie, masakra. Kierowcy, który nas wiózł praktycznie nie widziałem… Potem przesiedliśmy się do auta pewnego Polaka, który leciał mniej więcej 200km/h wyprzedzając na zakrętach (bo autostrada się skończyła), a do tego śpiewał sobie Bajm „Ile jesteś wart” pod podkład z płyty. W ten sposób dotarliśmy do Krakowa…

Kraków

Kraków 2004

W Krakowie przewaletowaliśmy pierwszą noc w jakimś schronisku, a potem trafiliśmy perełkę – akademik, ale ze zniżkami studenckimi – pokój 2os za 15 złotych. Do tego odżywiliśmy się trochę z krakowskich barach mlecznych.

Do Szczecina dotarliśmy pociągiem odwiedzając po drodze znajomych w Czarnowie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *