Stopem do sąsiadów – Praga, Bratysława, Wiedeń

Stopem do sąsiadów – Praga, Bratysława, Wiedeń

Złapaliśmy już chyba bakcyla po stopie po Polsce… Kolejny trip – tym razem we 3-kę z Marcelem. Znów plecaki, namioty, niezbyt dużo kasy i ruszamy. Wpierw pociąg do Szklarskiej Poręby – jednak sporo szybciej niż stopem, a ze zniżkami szkolnymi. Kilka dni „u dziadka” poznanego rok wcześniej i ruszamy dalej. Stop na granicy w Jakuszycach fatalny, momentami leżeliśmy w poprzek ulicy, a i tak nic to nie dawało 😉

Na stopa 2003

Na stopa 2003

Ostatecznie do Pragi dojechaliśmy autobusem. Wrażenia – niesamowite, miasto było po prostu wspaniałe. Ludzie, międzynarodowe towarzystwo – to robiło wrażenie. Szczególnie pamiętamy pewnego Niemca, rodzeństwo Czechów na Strahovie i jednego Japończyka :)Ten ostatni pewnie jeszcze dwa dni po naszym krótkim spotkaniu nie mógł dojść do siebie.

Praga

Praga 2003

Pojawiła sie też piosenka przewodnia wyjazdu, czyli River of dreams Billego Joela, ale i tak każdy znał tylko refren „in the middle of the night…!” W każdym razie nuciliśmy to na okrągło.

Z Pragi wyjechaliśmy stopem spotykając po drodze grupkę Kanadyjczyków. W Brnie jednak utknęliśmy na dłużej, na pewnej stacji benzynowej. Ostatecznie zabrał nas pewien Słowak, jak się okazało bardzo miły. Zamieszkaliśmy koło kortów tenisowych koło jego domu oraz domu jego brata – dyrektora Eurotelu w Bratysławie…

Na stopa 2003

Na stopa 2003

Bratysława

Bratysława 2003

Bratysława

Bratysława 2003

Bratysława

Bratysława 2003

Bratysława 2003

Bratysława 2003

 

Gdy ruszyliśmy w miasto pochłaniając kolejne piwa na starówce po 2,50 złotego w knajpie to spotkaliśmy… grupę Kanadyjczyków. Razem więc oddawaliśmy się ogólnym swawolom i pijaństwu, a dzień później pojechaliśmy razem na stopa do Wiednia. Spędzimyśmy tam jednak dosłownie kilka chwil, pałaszując parówki z ketchupem z McDonalda na St. Stefan Platz.

Rozstanie było dość smutne, ale mieliśmy stopa do Bratysławy… na telefon. Tym razem zabrał nas poznany przez Kanadyjczyków prezes sieci stacji benzynowych… Potem jeszcze kolejnego dnia przyjechał po nas pod korty i zawiózł na północ Słowacji.

Wiadeń

Wiedeń 2003

Kolejnym przystankiem była dobrze nam znana Oscadnica…Ale wpierw bawiliśmy się w kotka i myszkę ze słowacką policją, bo stopa na autostradzie łapać nie wolno. Po trzecim razie kazali nam w krótkich, żołnierskich słowach spie…. na wiadukt znajujący się dobre kilkasetmetów w tył. Generalnie autostrada nie jest miejscem przyjaznym pieszym, a barierki raczej udtrudniają przechodzenie na drugą stronę 😉

W Oscadnicy nie ma za wiele do roboty, więc raczyliśmy się miejscowym piwkiem i dość podłą słowacką gorzałką.

Powrotu znów nie pamiętamy dokładnie, Marcel ruszył nieco wcześniej przez Katowice, a my znów stop, jakiś pociąg, chyba Żywiec…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *