Turcja trapingowo

 Turcja trapingowo

 

Kolejny rok, kolejna wyprawa, tym razem padło nico dalej, bo na Turcję i kolejny raz stopem, no może nie do końca, ale o tym później.

Stambuł

Stambuł 2005

Wpierw nocny pociąg do Cieszyna, bo przez Polskę ze Szczecina to dzień lub dwa jazdy. Ze zniżkami studenckimi wychodziło jednak niedrogo. Na przejściu granicznym pierwszy drobny problem – przejście niedozwolone dla pieszych, więc niemalże wepchnęliśmy się do pierwszego lepszego samochodu i już byliśmy w Czechach. Dojechaliśmy tak do obwodnicy Brna, gdzie dwa lata wcześniej (link) utknęliśmy w drodze do Bratysławy. Tym razem poszło jednak lepiej i już po kilku godzinach byliśmy na Słowacji. Kolejny stop i już meldowaliśmy się w zaprzyjaźnionym akademiku w Budapeszcie. Tym razem jednak stolica Węgier była jedynie przystankiem więc po wieczorze w mieście ruszyliśmy skoro świt dalej. Jak zwykle czekała nas długa wyprawa przez miasto by złapać stopa dalej. Dotarliśmy tak do Seged skąd odjeżdża stara „ciuchcia” osobowa do Suboticy po serbskiej stronie granicy. Jeszcze tylko szczerbata wielka serbia w osobie niezbyt sympatycznego celnika pyta gdzie jedziemy i ile mamy pieniędzy i już jesteśmy na miejscu. Zbliża się wieczór, więc ładujemy się w pierwszy pociąg, dość zatłoczony i zadymiony papierosami pociąg do Belgradu. Jak się okazało nie do samego Belgradu, ale na stację Novi Belgrad dość daleko od centrum. Wysiadamy więc sami pośrodku niczego, ciemno, psy bezpańskie dupami szczekają, trzeba stąd spadać bo nie wygląda to wesoło. Docieramy w końcu na dworzec w centrum, a tam cała brygada ciężko uzbrojonej policji, też nie za ciekawie. Kupujemy w końcu bilety do Stambułu na poranny pociąg i idziemy spać na glebie. Budzi nas policja – paszport, skąd, dokąd. A, zagraniczni! Ok, ok, śpijcie. Dla miejscowych nie byli tak mili i jeden gloszard koło nas zarobił pałką. Rano ruszamy dalej, a podróż długa, Sofia, Kapitan Andrievo, trzepanie na granicy, rozkręcanie całego pociągu itp. Spóźnienie sięga już ok 8h, ale w końcu docieramy do Stambułu!

Stambuł

Stambuł 2005

Rozpoczynamy poszukiwania noclegu, jak zwykle nie przygotowani. Facet w informacji turystycznej na Sirkeci upiera się, że w tej dzielnicy same drogie hotele i wysyła nas na drugą stronę Mostu Galata. Tam wdrapujemy się pod górę, znajdujemy nawet jeden tani otel, ale jest tak paskudny, że chyba nawet karaluchy nie chciałby tam mieszkać, brakuje tylko odrysowanego trupa na podłodze. Uciekamy prędko i wracamy przez most w stronę Sultanahmed. Ostatecznie znajdujemy Sinbad Hostel, nie wiedząc jeszcze jak wiele razy przyjdzie nam do niego wracprzyszłości. Widok z dachu na Morze Marmara, a to tego wyjący muezzin wprawają nas w osłupienie. Chłoniemy miasto garściami! Złazimy wszystko co się da i co jest za darmo, bo zabytki płatne do tanich nie należą, a pociąg mocno naciągną budżet. Generalnie wszystko okazuje się nieco droższe niż się spodziewaliśmy, zwłaszcza przejazdy, bo cena benzyny w przeliczeniu skoczyła aż do 8 zł (w tym czasie w Polsce było ok. 4 zł).

Kapadocja

Kapadocja 2005

Decydujemy się na nocny pociąg do Kayserii, ponieważ jest sporo tańszy niż autobus. W pociągu poznajemy Tomka, który samotnie jedzie drogą lądową do Indii. W owym czasie imponowało nam to niezmiernie. Tomek podróżuje na bilecie Balkan Flexipass, za 50 euro można przejechać pięć dni (5x24h) po całych Bałkanach i Turcji. Strasznie żałujemy, że nie mamy tego biletu, ale niestety, można go kupić tylko w stolicach oraz w Stambule na Sirkeci, a my właśnie ruszaliśmy z Haydarpasy po drugiej stronie Bosforu.

Kapadocja

Kapadocja 2005

W pociągu jest wesoło, dołącza się niezbyt rozgarnięty student akademii policyjnej, ale jedyne co próbuje mówić, to „Magda, girlfriend, polonya, telefon”, „Efes, why?” Gdy się powie do większości Turków, że się czegoś nie rozumie, a zwłaszcza gdy powie się to samo po turecku z rozmówek, to powtarzają to samo co mówili wcześniej tylko wolniej. To tak jakbyśmy im cedzili” K I E Ł B A SA! Ale przecież nawet jak wolno i wyraźnie tego nie powiemy, to nie ogarną, co to jest kiełbasa po polsku. Bardzo wesoło w każdym razie się jechało.

Z Kayseri łapiemy busika do Goreme i tu kolejna niespodzianka – odświeżająca woda cytrynowa wędruje po całym autobusie.

Kapadocja jest piękna i bajkowa, całe dnie łazimy po okolicy, gubiąc się i znajdując w nowych miejscach po okolicznych wąwozach. Nocą przy śpiewie muezzina okolica ta robi piorunujące wrażenie.

Kasa zaczyna coraz bardziej się kurczyć, żywimy się już głównie chlebem, serem topionym i pomidorami, więc w dalszą drogę ruszamy stopem, Początkowo trochę nieśmiało, ale zupełnie nie potrzebnie, bo stop w Turcji jest fenomenalny. Kierowcy, chociaż wcale tego nie chcemy i nawet się wzbraniamy kupują nam zimne napoje itp. Trafiamy też na cukierników z towarem i na koniec lądujemy w ich lokalu na degustacji! Zupełnie nieplanowanie zostajemy nad jeziorem Egirdir pośród gór. Woda jest krystalicznie czysta, a po plaży buszują kraby. Sympatyczny właściciel restauracji pozwala nam rozbić namiot za free na swoim terenie i jest bajka. Za sąsiadów mamy rodzinę ze Słowenii w wielkim kamperze. Zostajemy dwa dni nad jeziorem i ruszamy dalej – po drodze łapie nas jeszcze burza, która nocą prawie wyrywa nasz namiot.

Olimpos

Olimpos – domek bez ścian… 2005

Jedziemy dalej przez góry, aż do Antaly i potem dalej do Olimposu. Jako, że nie stać nas na porządny nocleg to szukamy miejsca na namiot. Znajdujemy jednak inną opcję – nocleg w restauracji na zadaszonych platformach z wielkimi, wygodnymi poduszkami. W cenie było nawet śniadanie i to jakie! Po terenie latają kury, zastanawiamy się po co – zjadają skorpiony… a my na tych odkrytych platformach w nocy – ciągle wydaje się, że coś po nas łazi…

Pamukkale

Pamukkale 2005

Dalej stop zawiódł nas do Denizli, bo chcemy zobaczyć Pammukale. Znów nocleg w namiocie, ale tym razem koło motelu z basenem, z którego możemy korzystać. Poznajemy dwie sympatyczne polskie rodziny i urządzamy sobie małą imprezkę z synem gospodarzy.

Do Stambułu wracamy nocnym pociągiem, spędzamy dzień w mieście luzując się na trawniku pod Hagia Sofią. Na dworcu kupujemy Balkan FlexiPass i wbijamy się w nocny pociąg do Bukaresztu. Jadą z nami Japończyk, który stereotypowo ciągle strzela zdjęcia, pewien Węgier, starszy Turek mieszkający w Bułgarii (lub odwrotnie) i francuska para wracająca z Syrii. W trakcie dyskusji Japończyk wspomina coś o Chopinie, że z Polski i w ogóle, Francuzi oburzeni, że jak to, przecież to Francuz, my wtedy wprowadzamy korekty, Japończyk potwierdza – Chopin to wielki, polski kompozytor i koniec. W Bukareszcie lądujemy następnego dnia wieczorem…

Zakopane

Zakopane 2005

Szybkie zakupy z Francuzami i dosłownie w biegu wskakujemy do odjeżdżającego pociągu do Budapesztu. Urządzamy sobie jeszcze nocną imprezkę w przedziale, bo w całym wagonie oprócz nas nie ma dosłownie nikogo! Dawno tak wygodnie nie jechaliśmy, chociaż było to trochę straszne… Nasz bilet nie obowiązuje na Węgrzech dlatego wysiadamy w Arad zaraz przed granicą, Francuzi jadą dalej. W Arad na stopa łapiemy…Polaka, który wiezie nad do granicy. Potem był jeszcze sympatyczny Austriak ale znerwicowany środkowo-wschodnio-europejskimi drogiami. Dalej docieramy na Słowację i tam już zbliża się noc… gdy staje…Polski TIR! Jedziemy na granicę i noc spędzamy w zajeździe w Chyrznym. Rano docieramy do Zakopanego, do Józka z poprzedniej wyprawy (link), który na całe szczęście przestał pić – wydaje się, że na dobre. W Tatrach kończymy naszą eskapadę…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *